Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 lutego 2014

5 ciekawostek na temat zachodniej Ukrainy!

Zacząłem dzisiejszym odcinkiem od kraterów... na drogach!
A gdzie takie są? Bynajmniej nie mówię o Polsce, a o zachodniej Ukrainie.

Między innymi można takie tam drogi spotkać:
(źródło: YouTube)

Ukraina przede wszystkim jest szokiem dla osoby przyzwyczajonej do widoków, które spotyka się w krajach zachodnich takich jak np. Niemcy, Francja czy nawet Włochy. Ba! Nawet względem Polski to jest niezły szok, bo już nawet po przekroczeniu granicy można poczuć się jak w innym świecie - tak jakby cofnąć się o jakieś 20-30 lat wstecz...

Jednak są też plusy, ale o tym dowiecie się z mojego odcinka:

poniedziałek, 18 listopada 2013

O forcie co pękł na dwie połowy...

Stoi. Od ponad 100 lat! A Ty pewnie dopiero teraz się o tym dowiadujesz.

Fort Rajsko jest zlokalizowany tuż za obwodnicą Krakowa na wysokości Kurdwanowa.
Aby tam dojechać trzeba pokonać szereg malutkich uliczek. Dodatkowo miniemy przy okazji co najmniej jeden inny fort o czym możecie nawet się nie przekonać. Przykład?
Jadąc od ulicy Osterwy można nawet nie zorientować się, że za cmentarzem jest Fort Pancerny 50 1/2 w Kosocicach, ale nie o nim dziś mowa...

Docieramy do Fortu Rajsko, jednego z największych. Sam obiekt jest mocno zniszczony poza osobnym, odnowionym budynkiem dawnej kantyny oficerskiej, gdzie aktualnie znajduje się dom-pracownia jakiegoś artysty (nie dociekałem nigdy kto to).

Czym na początek nas zachwyci to miejsce?
Po pierwsze panoramą na Kraków! Szczególnie jak już liście opadną - wtedy mamy piękny widok w stronę Kurdwanowa, a za plecami...
(źródło: fortyck.pl)

piątek, 1 listopada 2013

Schody zawaliły się przez imprezowiczów...

Kto mieszka czy mieszkał w Krakowie, a w szczególności studenci wyższych roków studiów, nie mogą nie pamiętać słynnych schodów prowadzących w górę do Kitschu. 

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze rozkwitał, zrobiliśmy z Jurkiem Kłeczkiem dla Superstacji materiał video spod tej kamienicy. W dzień prezentowała się ona "bardzo urokliwie":
(źródło: lovekrakow.pl)


Klub ten muzyczny przestał istnieć dość spektakularnie. Po prostu stare schody pod naporem ludzi pchających się na imprezę... zawaliły się. Miało to miejsce w listopadzie 2011 roku.

Co teraz ustalił sąd?
Przeczytajmy na lovekrakow.pl :
Zapadł wyrok w sprawie katastrofy budowlanej w kamienicy przy ul. Wielopole 15. Właściciel i menedżer klubu są niewinni. Schody zawaliły się przez imprezowiczów. 
No to jest ciekawostka! 
Nie udało się udowodnić związku między wywierceniem dziur, a zawaleniem schodów. Dlatego przyczynę, którą wskazywali śledczy w 2011 roku, sąd odrzucił po zapoznaniu się z opinią biegłego. Stwierdzono ponadto, że schody runęły, gdyż nie wytrzymały obciążenia znajdujących się na nich ludzi. Dla sądu znacznie zmienia to postać rzeczy. Według orzeczenia zarzuty postawiono niewłaściwym osobom. Na sali rozpraw przyznano też, że dbanie o stan klatki schodowej nie należało do obowiązków ani właściciela, ani menedżera klubu.
Pytam się zatem do kogo?
Rozumiem przez to, że jak idę po ulicy i ptak nasra na mnie to też moja wina, bo mogłem w domu zostać albo chociaż nie wchodzić jemu w drogę?
Przecież to właściciele klubu mają zadbać o bezpieczeństwo klienta, a jak nie bezpośrednio oni, to właściciel budynku lub ochrona... A tak! Zapomniałem! Kitsch na Wielopolu i pojęcie selekcja gości, to też totalna abstrakcja!



Mimo wszystko to pokrętna ta logika w Polsce... 

wtorek, 22 października 2013

Dzisiaj szkoła, kiedyś więzienie hitlerowców...

Po długiej przerwie powracam, ale niestety jestem zawalony materiałem (praca) oraz cały czas nie do końca zdrowy (przeziębiony).

Dzisiaj troszkę nawiązanie do jednego z pierwszych postów (link: http://janekpisze.blogspot.com/2013/09/warto-czytac-ksiazki-czyli-jak-liceum.html), a mianowicie moich czasów szkolnych, a dokładniej licealnych.

Niestety, nie wspominam ich tak dobrze jak czasów gimnazjum (pierwszy rocznik reformy, wielki chaos, ale o tym kiedy indziej), które to dla mnie były nazwijmy to czasem "złotym", ale takie rzeczy docenia się po latach.
Pominę moje perypetie związane z przeprowadzkami licealnymi z klasy do klasy, bo nie czas na "taką prywatę", ale napiszę na temat budynku.

VI Liceum Ogólnokształcące w Krakowie nie zawsze było przy ulicy Wąskiej na krakowskim Kazimierzu. Kiedy moja babcia (!) kończyła szkołę, a była to też "szóstka", znajdowała się ona przy ulicy Starowiślnej. Później przeniesioną ją na ulicę Skałeczną, gdzie aktualnie znajduje się Wyższe Seminarium Duchowne Zakonu Paulinów.
(źródło: Wikimapia)

Z ciekawostek, już wtedy uczyła tam (lata 70?), ta sama nauczycielka biologii co mnie te zaledwie parę lat wstecz. Jak widać nauczyciele są długiowieczni...

Ciekawa jest też historia aktualnego budynku i do tego właśnie zmierzam (cytat z http://www.sztetl.org.pl/en/article/krakow/11,synagogues-prayer-houses-and-others/22051,powszechna-szkola-zydowska-ul-waska-5-/):
Powszechna Szkoła Żydowska znajdowała się przy ul. Wąskiej 7, a właściwie na skrzyżowaniu ulic Wąskiej i św. Wawrzyńca. Murowany budynek został zbudowany w stylu historyzmu w latach 1905–1906 według projektu krakowskiego architekta Jana Zawiejskiego. W czasie drugiej wojny światowej obiekt zajęło wojsko niemieckie, urządzając w nim „przejściowy obóz pracy”, w którym przetrzymywano więźniów, wysyłanych następnie do Niemiec. Obecnie budynek stanowi siedzibę VI Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza. Na fasadzie znajduje się tablica upamiętniająca ofiary obozu
Niedawno temu, przy okazji spaceru jesiennego, wykonałem takie zdjęcie tej tablicy:

(źródło: mój telefon)

Przerażające historie związane z tym miejscem, potęgowane są często przez samych nauczycieli. Przykładowo, pamiętam jeden z opisów dotyczący sali przy samej portierni, w którym ponoć znajdowały się cele dla kobiet.

Nie piszę tego wszystkiego by zrazić potencjalnych kandydatów na uczenie się w tym miejscu, jednak muszą się oni zmierzyć z "bagażem" tego miejsca, bo ta świadomość mnie parę razy niszczyła.

Najdziwniejsze to było uczucie pustych korytarzy przy zachodzącym słońcu, kiedy miałem na popołudnie do szkoły, i konfrontacji tego naprawdę przyjemnego widoku z tą porażającą historią.


Jeśli ktoś jest zainteresowany historiami obiektów bliskich temu to zapraszam też:
http://janekpisze.blogspot.com/2013/09/czy-plac-wolnica-kiedys-by-wielkosci.html
http://janekpisze.blogspot.com/2013/10/koscielny-kort-tenisowy-na-kazimierzu.html
http://janekpisze.blogspot.com/2013/10/czemu-mi-kadka-bernatka-w-pejzazu-nie.html

środa, 9 października 2013

Co łączy ze sobą mydło, imponującą willę i zamek Wawel?

Za "dzieciaka" pamiętam nad Wisłą, przy samym Wawelu, tylko jeden widok - pracującą cały czas koparkę na barce, która wybierała piasek z "wysepki" przylegającej do bulwaru przy Dębnikach.

Dopiero dziś, dzięki potędze Internetu, mogę zobaczyć co tam było, a nie tylko pobudzać wyobraźnię wspomnieniami dziadków. Tym widokiem też się z Wami podzielę:
(źródło: krakow.dlastudenta.pl)

Tak, widać tu dokładnie plażę i w dodatku duży ruch na niej. Powiem szczerze, że trochę zazdroszczę tym ludziom. Tak jak żałuję, że nie istnieje już przejazd tramwajowy pod Bramą Floriańską (link do wpisu: http://janekpisze.blogspot.com/2013/10/tramwajem-przez-brame-florianska-az-do.html), tak smutno mi też, że o takie miejsca nie zadbano. Czy nie uważacie też, że byłby to prawdziwy "hit turystyczny" w upalne dni? Abstrahuje tu oczywiście od faktu czystości nurtu Wisły, chociaż i to się ponoć poprawia.

Jednak plażę, jako, że nie jestem fanatykiem popularnego teraz zajęcia "smażing plażing", może bym trochę podarował sobie, ale tego co było w tamtym miejscu wcześniej... to już niekoniecznie!

Zacznijmy od trochę innej strony - produkcji mydła.

Właśnie ten produkt firmy Państwa Rożnowskich musiał przekładać się na dobre osiągi finansowe, bo Ida oraz Edward Rożnowscy należeli do zamożnej rodziny. W dodatku na tyle, że mogli pozwolić sobie na postawienie willi w bardzo atrakcyjnym miejscu. Nie ukrywajmy, że też bardzo kosztownej inwestycji... 

Zatem cofnijmy się jeszcze trochę wstecz, do roku 1891, kiedy powstała willa. 
Zdjęcia moim zdaniem robią wrażenie:

(źródło: mmkrakow.pl)

(źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe)

(źródło: dawny-krakow.blogspot.com / Narodowe Archiwum Cyfrowe)

Jeśli ktoś nie jest jeszcze przekonany, to za Wikipedią:
Budynek górował nad Dębnikami, a swoimi gabarytami niemal stanowił przeciwwagę dla leżącego po przeciwnej stronie Wisły Zamku na Wawelu. Wybudowanie tak okazałego budynku na Krakowskim brzegu nie byłoby wówczas dopuszczalne ze względu na znaczną ingerencję w krajobraz najbliższego otoczenia Wawelu. Możliwość budowy dała jednak wciąż obowiązująca w Dębnikach ustawa budowlana z 1786 r.
Niestety w 1938 roku, jeszcze przed II Wojną Światową, z racji licznych powodzi, budynek niszczał i musiał zostać rozebrany. W jego miejsce powstała opisana wyżej plaża "Wawel".

W moim przekonaniu stracone na zawsze dwa powyższe miejsca to duży uszczerbek dla okolicy, bo miały one swój charakter, podczas gdy dziś zostały nam tylko stare fotografie i chęci stworzenia wehikułu czasu...




niedziela, 6 października 2013

"Filmowy" tunel jak z horroru, czyli początek wędrówek po terenie Nowej Hucie

Wczoraj, trochę cichaczem, wprowadziłem Was w nową tematykę na blogu, a mianowicie nowohuckie ciekawostki (link do wpisu: http://janekpisze.blogspot.com/2013/10/nowa-huta-prolog.html).
Będę to też katalogował w formie "spisu treści" u siebie na Facebooku - http://www.facebook.com/JanekPisze

Zwiedzanie Nowej Huty zaczniemy od można by rzec brzydko "d... strony", najbardziej oddalonych obrzeży, ale już po części filmowo zauważonych.

Pamiętacie scenę kiedy Cuma wychodzi z więzienia?
Tak, tą z filmu Juliusza Machulskiego pod tytułem "Vinci".
Jeśli nie do końca to przypomnę Wam dwa kadry, mimo, że film jest na YouTube osiągalny, ale raczej nie wierzę by właściciele mieli prawa autorskie, więc nie będę ich tutaj promował.

W takim razie spojrzyjmy:
W pierwszym z nich widzimy adres prawdziwego zakładu karnego - Nowa Huta - Ruszcza, po scenie wejścia do samochodu i odjechania bohatera, jako przedostatnią, mamy z widokiem na wjazd do tunelu:


Nie jest to żadna fikcja filmowa, wszystko to tam obok siebie istnieje. Dowód?
Obejrzyjmy mapkę z moim opisem:

Szczerze to mnie aż dziw bierze, że nikt jeszcze filmowow nie wykorzystał tak świetnej lokalizacji (przynajmniej mi o tym nie wiadomo). A to jest właśnie Kraków, którego nie znajdziecie w przewodnikach.

Jesienią 2012 roku zabrałem tam znajomą, która pasjonuje się fotografią i nie mogła się nadziwić temu miejscu. Sama również kręci różne filmy i podsunąłem jej pomysł, że to idealne miejsce na horror lub thriller, czemu potakiwała, bo widok ją z lekka "zatkał", a do tego fotki "cykała" lustrzanką jak szalona.
Najważniejsza teraz informacja - mówimy tu o nocy, bo wtedy pokazuje swoje "okropieństwo" w pełni.
Teraz zapewne chcielibyście zobaczyć jakieś jego ujęcie nocą - zatem nie trzymam dłużej Was w napięciu:

(źródło: fotogenius.pl)


Jak widzicie tunel w jednym odcinku, krótszym kwadratowego przekroju. 
Tutaj ważna informacja - ten odcinek krótszy ma też równoległy, opuszczony, nie oświetlony bliźniaczy tunel, a między dalszą częścią jest "na zewnątrz" droga łącząca, zresztą po obydwu stronach.
Dla mnie jednak najfajniejszy jest ten owalny.
Nad tunelami znajdują się tory kolejowe i przystanek PKP Kraków - Nowa Huta.

Nie będę tutaj więcej pisał, ponieważ więcej o nim znajdziecie pod tym linkiem:

Jak dla mnie taki Kraków jest właśnieciekawy, często nieznany, brudny, nocą dość przerażający i mimo, że to szary beton, to ma w sobie coś... mistycznego, z charakterem... Też tak uważacie?





czwartek, 3 października 2013

Co łączy kiełbaski z Nyski pod Halą Targową, zapiekanki Endziora i Pana Makłowicza?


Jestem po lekturze "Bukareszt. Kurz i krew" Małgorzaty Rejmer (do kupienia tutaj), w trakcie "Wanna z kolumnadą" Filipa Springera (do kupienia tutaj), a powoli przymierzam się do książki Roberta Makłowicza pt. "Cafe Museum" (do kupienia tutaj).

Czemu o tym piszę?
Po pierwsze, książkę numer jeden polecam z czystym sercem - zakup wart swojej ceny. Małgorzata Rejmer w niektórych fragmentach opisuje rzeczy dość drastyczne, ale "Bukareszt. Kurz i krew" jest po prostu świetnie napisana.
Jeśli ktoś lubi historyczno-podróżnicze wątki z naprawdę dużą dawką emocji, która po prostu zostawia ślad w nas, to szczerze polecam!

Pozycja numer dwa to opowieść o architekturze polskiej z pozycji reportera Filipa Springera. Ona poraża czym innym - brakiem momentami jakiejkolwiek estetyki w społeczeństwie polskim!
W dodatku często widać warcholstwo i brak chęci porozumienia się, aż po postawę bierną wynikającą z bezradności. Wszystko udokumentowane zdjęciami.
Również jest rozdział poświęcony odwracaniu się od rzeki - ja też już o tym pisałem w kontekście Krakowa (link: http://janekpisze.blogspot.com/2013/10/wisa-jako-rzeka-graniczna-dwoch-panstw.html), a tu patrzymy między innymi na Poznań i Warszawę.

Trzeciej książki jeszcze nie czytałem, jakoś tak przeoczyłem wcześniej (rok wydania 2010), ale Robert Makłowicz kojarzy mi się z pozycją "Zjeść Kraków". 
Spytacie mnie: "co ma wspólnego ta książka, jej autor i dwie pozycje obok - słynne kiełbaski i jeszcze słynniejsze zapiekanki?"

Teraz się zdziwicie, bo bardzo wiele, zatem już tłumaczę...

Dobrych parę lat wstecz, życie klubo-kawiarniane mocno zaczynało rozkwitać na Kazimierzu. Czas szalonej młodości licealnej, wchodzenia w dorosłość. Trabant z otwierającymi się drzwiami na zakręcie, pierwsze filmy w śmierdzących, brudnych klatkach schodowych kamienic i szybka Tatanka w Pozorach.
Parę postów temu też opowiadałem o próbie "wtłoczenia" we mnie "książko-wstrętu" (link: http://janekpisze.blogspot.com/2013/09/warto-czytac-ksiazki-czyli-jak-liceum.html), ale między innymi w tym czasie przeczytałem książkę, która zainspirowała mnie do poznawania Krakowa.
Moim prywatnym zdaniem, ma ona też wartość inną - można rzec "marketingową". W jakim sensie?

Robert Makłowicz był już wtedy tym "znanym panem z telewizora", tworzył powoli swoją markę i miał dużą wiedzę... historyczną, która wraz z lekkością pisania oraz znajomością gotowania przełożyła się na tą pozycję pod tytułem "Zjeść Kraków".

Właśnie w tej książce pojawiają się opisy miejsc, które warto odwiedzić na kulinarnej mapie Krakowa i często nie są to drogie restauracje, tylko miejsca takie jak Okrąglak na Placu Nowym, gdzie Pan Andrzej sprzedawał smaczne zapiekanki, a jego punkt gastronomiczny nosił nazwę Endzior.


Swoją drogą, po tylu latach Endzior zmienił swoje miejsce "postoju" na dawny budynek po-rzeźniczy przy Galerii Kazimierz, a chyba też tylko sama nazwa została, bo doszły mnie słuchy o chorobie Pana Andrzeja. 
Cóż, życie się toczy i wszyscy się starzejemy, taka kolej rzeczy. Czego życzyć można wszystkim? Po pierwsze dużo zdrowia, reszta jakoś się potoczy... 

Tutaj na sam koniec tej "zapiekanka story" jeszcze coś o Panu Andrzeju, bo był/jest (zastanawiam się w jakim czasie to pisać) to specyficzny człowiek i trudno było czasem go zrozumieć, ale potrafił zaskoczyć człowieka. Ja raz pamiętam sytuację gdy ze znajomymi zamówiliśmy parę zapiekanek, przy czym podając dwie pierwsze na jednej napisał keczupem "ZJEDZ" a na drugiej "MNIE" i podawał w odpowiedniej kolejności.

Bo u Pana Andrzeja to wszystko się musiało zgadzać, nawet to co nie było widoczne gołym okiem i nie piszę tu o charakterze!
Raczej o kotletach, a dokładniej kotletach-ogromach, nazywanych Sękaczami, pokrytych dużą ilością kapusty, których to często nawet w menu nie było! 

Wszystko to i jeszcze więcej wynikało z tego niesamowicie specyficznego jego podejścia - wręcz rzekłbym artystycznego!
(źródło: http://archiwum.alchemia.com.pl)

Czas licealny, a także początków, zresztą niedokończonych, studiów to Kraków klubowy. Okres przed najazdem Anglików oraz w trakcie jego trwania. Można by rzec - czas pewnego boomu - gdzie w mniejszych i większych piwnicach zaczyna się kręcić biznes związany z siedzeniem nad kuflem piwa albo przeciskaniem się na parkiet. Stare Miasto tętni - okolice Rynku Głównego w tanecznym rytmie, a Kazimierza w rytmie "posiadówek".

Aby dojść z punktu Plac Nowy do punktu Rynek Główny zazwyczaj wybiera się ulicę Starowiślną. Jednak w pewnym momencie następuje pewna korekta, a może wręcz zator?
Określiłbym to jako , a dokładniej oś Wielopole 15 (Kitsch, Caryca, Łubu-Dubu) - Kiełbaski pod Halą Targową.

Jak wiemy pewne zawalone schody (jeśli ktoś ma lukę w pamięci: http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/469784,krakow-schody-w-kitschu-spadly-ludziom-na-glowe,id,t.html), zawaliły też tą i zostały nam wszystkim tylko smaczne kiełbaski.
(źródło: www.radiokrakow.pl)


Skąd takie zainteresowanie?
 – Na początku wspierali nas koledzy z taksówek, zawsze przyjeżdżali w nocy po kiełbaskę, a potem ludzie sami nas zauważyli, przekonali się, że mamy dobre jedzenie i tak, z dnia na dzień, klientów przybywało. Co ciekawe, w ogóle się nie reklamujemy, a wszyscy o nas wiedzą. Nawet pan Makłowicz często u nas bywał – 
Właśnie! Ja uważam, że fenomen kiełbasek wziął się z książki Pana Roberta Makłowicza. Właśnie w książce "Zjeść Kraków" opowiada o wyjątkowości kiełbas serwowanych prosto z Nyski. Na czym ona polega?
Kiełbaski te są specjalnie robione w Liszkach pod Krakowem, a kto nie zna kiełbasy lisieckiej?
Sama Wikipedia nam mówi:
Kiełbasa lisiecka jest wytwarzana z wysokiej jakości mięsa wieprzowego, głównie z szynki (85% składu). Posiada kształt wianka o średnicy 35–40 cm. Zewnętrzna powłoka ma kolor ciemnobrązowy, wynikający z procesu naturalnego wędzenia, jest lśniąca i lekko pomarszczona, sucha w dotyku. Kiełbasa ma około 52 mm grubości. W jej przekroju widoczne są jasne kawałki mięsa szynkowego, otoczone ciemniejszym farszem mięsnym. Kiełbasa lisiecka posiada smak doprawionego mięsa wieprzowego z delikatnymi aromatami pieprzu i czosnku.
Produkowana jest z mięsa wieprzowego klasy "E", o zawartości chudego mięsa 55–60%. Mięso nie może być konserwowane w żaden inny sposób poza schładzaniem. Pozostałymi składnikami są świeży czosnek, peklosól i mielony biały pieprz. Mięso jest krojone w kostkę o wymiarze 3-5 cm, a następnie peklowane przez 2–4 dni. Po peklowaniu mięso przeznaczone na farsz jest dwukrotnie mielone, po czym mieszane z czosnkiem i pieprzem. Następnie mięsem wypełnia się osłonki (białkowe lub naturalne jelita wołowe) i pozostawia na tzw. osadzenie na 2 godziny. Później kiełbasy wędzi się i piecze w tradycyjnej wędzarni komorowej, w której pali się drewnem olchowymbukowym lub z drzew owocowych. Cały proces składa się z osuszania, wędzenia i pieczenia, i trwa 3,5 – 4,5 godziny.
Kiełbasa lisiecka może być produkowana w granicach gmin Liszki i Czernichów w województwie małopolskim. W celu ochrony nazwy pakowana jest w etykietę zgodną ze specyfikacją Unii Europejskiej, wspólną dla wszystkich producentów. Na etykiecie wyszczególnione jest miejsce produkcji.
Panowie prowadzący "biznes z Nyski" tak mówią o swoich kiełbaskach (fragment artykułu: http://lovekrakow.pl/artykuly/przypadek-stworzyl-legende-czyli-o-kielbaskach-z-niebieskiej-nyski_578.html):
 – Kiełbasę bierzemy od prywatnego dostawcy. Robi taką, żeby była jak trzeba, z prawdziwego mięsa, a nie z resztek. Pieczemy ją na drewnie bukowym, stąd ich pyszny smak – mówi Aleksander Malik, sprzedawca spod Hali Targowej. – Zawsze świeże i smaczne – dodaje.
A Wy zobaczcie ją z bliska //tutaj mały EDIT, bo źródło "wygasło"//:


Do tego dodajmy dobrej jakości bułki oraz niesamowity klimat tej starej Nyski.

Rekomendacja Pana Roberta Makłowicza z wysoką jakością produktu w nietypowym miejscu musiała przynieść skutek pozytywny. Nie mogę odpowiedzieć czy to legenda czy prawdziwa historia, ale słyszałem, że nawet sama Pani Jolanta Kwaśniewska przyjechała kiedyś skosztować tych smaków.

Dlatego tym bardziej wszystkim polecam poznawać Kraków od kulinarnej strony, następnie iść ładnie wymyć rączki i wziąć się za lekturę polecanej książki (oraz trzech pozostałych pozycji oczywiście też!), bo naprawdę dla mnie "Zjeść Kraków" to esencja tzw. "must be there", czegoś czego nie warto ominąć, a raczej prawidłowo określając - gdzie warto wracać dużo razy i polecać wszystkim!

Z podobnym założeniem zostawiam Was względem mojego bloga...




środa, 2 października 2013

Kościelny kort tenisowy na Kazimierzu?

Ta notka będzie wyjątkowo krótka, ponieważ sam nie posiadam dużej wiedzy na ten temat, ale jest to moja ciekawość, która wynikła z przeglądania Map Wujka Googla...

Jednak na wstępie napiszę - nie jest to żaden atak, ani moja złośliwość w stronę Kościoła, a tym bardziej w stronę Zakonu. Po prostu wzbudziło to moją ciekawość i tyle!

Kościół Bożego Ciała, o którym już wspominałem we wpisie o Placu Wolnica, posiada duży teren wokół obiektu sakralnego. W skład niego wchodzą też ogrody. Tak to wygląda na podstawie strony Wikimapia.org:


Prawdą jest, że znam to miejsce dość dobrze. Może nie jak własną kieszeń, ale mając w tym Kościele Pierwszą Komunię Święta oraz Bierzmowanie, ciężko powiedzieć, że jest mi nieznany ten obiekt.

W dodatku będąc "komunistą" zwiedziłem usadowione na tyłach Ogrody Kanoników Regularnych Laterańskich (taką nosi pełną nazwę zakon "zarządzający" Kościołem Bożego Ciała), a obiekt gdzie się znajduje aktualnie elegancki Aparthotel Miodosytnia, znałem jeszcze jako dość zdewastowany budynek z salkami katechetycznymi, zresztą tam do obydwu powyższych wydarzeń byłem przygotowywany.

Przyglądając się bliżej satelitarnemu zdjęciu ujrzałem... kort tenisowy obok tych Ogrodów!

Czy ten kort tenisowy rzeczywiście należy do obiektu Księży?
Myślę, że tak. Widać na zdjęciu wyraźną dziurę w żywopłocie, gdzie znajduje się pewnie wejście od strony Ogrodów. 

Ciekawostką jest, że szperając w Googlach nigdzie nie znalazłem wzmianki o tym korcie, a sama Wikimapia pomija ten fragment i jego przynależność do któregokolwiek obiektu (poza klasztorem, za murem znajduje się dawna bożnica, restauracja, a po prawej stronie widzimy dawną Zajezdnię Tramwajową, a obecnie ogromną piwiarnię, wynajmowaną na różne duże wydarzenia).

Jak widać również na zdjęciu satelitarnym, obiekt jest używany i zadbany, teraz pytanie kto z niego korzysta?

Warto tu też nadmienić, że wspomniana wyżej dawna Zajezdnia Tramwajowa jest też obiektem należącym do Zakonu i aktualnie z tego co wiem jest ona tylko dzierżawiona, podobnie jak budynek po salkach katechetycznych.

Czyżby zatem, wracając do tematu kortu, Zakonnicy wychodzą z założenia w "Zdrowym ciele zdrowy duch"?

środa, 25 września 2013

Dlaczego ulica Rzeźnicza prowadzi do... Galerii Kazimierz?

Jakiś czas temu wpadło mi na myśl jak szybko zmienia się architektura czy krajobraz miasta - wygląd ulic, budynków, szyldów, co gdzie jest burzone, co przekształcane i co z tego powstaje.
Moje takie myśli zostały naprowadzone w sumie przez przypadek.

Znajoma mojej mamy opuściła Polska kiedy jeszcze przy ulicy Rzeźniczej i Gęsiej stała... tak, tak, logiczne: rzeźnia. O znajomej mojej mamy za moment opowiem, tymczasem coś więcej o tej lokalizacji...

Miejsce wtedy, w czasach gdy byłem brzdącem, zawsze kojarzyło mi się z czymś niebezpiecznym. Szczególnie wymieniona tu wyżej ulica Gęsia, zaułek między dwoma murami fabrycznymi Unimilu i rzeźni, w dodatku nie była to ulica prosta, zresztą sami zobaczcie...
Dlaczego aż taki strach budziła? 
Miejsce nocą słabo oświetlone, z okolicznych hal i z kratek kanalizacyjnych ciągle lecący dym i jeszcze na końcu stary budynek zamieszkany przez Cyganów co porywają dzieci, a przynajmniej tak mnie straszono...

Dzisiaj budzi to oczywiście śmiech, ale jak się było małym to inaczej się to widziało. W dodatku w bloku obok mieszkała ta znajoma, która opuściła Polskę "za chlebem" około 2000 roku, jak mnie pamięć nie myli. Pamiętam, że z mieszkania, bodajże 4 lub 5 piętro, był widok na całą tą okolicę - na kominy, te budynki rzeźnicze, jakieś wąskie zaułki, wszystko ściśle do siebie przylegające i te dymy... 

W okolicach 2000 roku nie było jeszcze w planach powstania w tym miejscu Galerii Kazimierz, chociaż z opowieści wiem, że kiedyś w kłótni Pani H. (nie wymieniam z imienia i nazwiska, bo chyba na to zgody nie będę posiadał) powiedziała ekspedientowi z budki firmowej rzeźni, który ją niemiło potraktował, że dożyje jeszcze takich czasów, że tu i jego towaru nie będzie, nie będzie też rzeźni i być może i on nie będzie miał pracy. Proroctwo?

Teraz wszyscy przenieśmy się w tamte czasy, porównując je z aktualnymi. Niemożliwe?
Jesteście w błędzie! 
Zgłębiając czeluści wyszukiwarki od Wujka Google, doszukałem się czegoś niesamowitego jak dla mnie.

Istnieje bowiem strona porównawcza z ortofotomapami (co to takiego są ortofotomapy: http://pl.wikipedia.org/wiki/Ortofotomapa) z różnych lat XX wieku - 1944 (nowość), 1965, 1996, z aktualnym rzutem satelitarnym http://maps.google.com.

No to przyjrzyjmy się razem okolicom Galerii Kazimierz wtedy i dziś (na górze macie daty do zmieniania widoku, jak coś się nie załaduje to dajecie odśwież i powinno pomóc): 

Łatwo można zauważyć brak mostu, tzw. żółwia czy też oficjalnie Kotlarskiego, a czego nie widać na mapie chyba, wzdłuż bulwaru była linia kolejowa, podchodząca prawie na wysokość stacji benzynowej. Ciekawostką jest, że jak byłem mały to zdarzało się, że podjeżdżała do końca tej linii lokomotywa spalinowa!

A ja tymczasem wracam do wątku głównego, czyli refleksji na temat zmian.

Spróbowałem sobie wyobrazić w jak niesamowitym tempie to się wszystko wokół zmienia. Taka osoba, która wróci do Krakowa po niecałych dwóch dekadach, do swojego domu, prócz szoku "nowego otoczenia", może mieć nawet problem z poruszaniem się po swojej okolicy - w końcu prócz wyburzonych budynków i zbudowanych nowych następuje często zmiana organizacji ruchu, powstają nowe ulice, mosty, linie tramwajowe, autobusowe, a stare znikają lub zmieniają trasy - czy nie uważacie, że taka zmiana może spowodować wręcz gigantyczne zgubienie się w rodzinnym mieście?

Teraz na koniec coś jeszcze z ciekawostek historycznych:
Do ulicy Podgórskiej prowadzi od strony Hali Targowej dwupasmowa droga z zatoczkami parkingowymi i z pasem zieleni, czyli Aleja Daszyńskiego, która na samym końcu się zwęża, na wysokości stacji benzynowej. Obok tej ulicy, po drugiej stronie jak Galeria Kazimierz, znajduje się cmentarz żydowski. 
Ciekawostką jest, że w czasach powojennych, powstająca ulica i później stacja benzynowa, zostały poprowadzone... po obrzeżu cmentarza (wyraźnie to widać tutaj: http://mozliwosci.com/krakow/#1944,50.053557,19.957379,17 jak włączymy mapę z 1944 roku i aktualną). Z mojej wiedzy wynika też, że tym sposobem trzeba było zbudować to wszystko, po prostu, na grobach. No tak, okres 1945-1989, rządził się trochę innymi prawami... ale o tym to jeszcze kiedy indziej.




Blog Archive

Szukaj na tym blogu